wtorek, 20 października 2015

Co robić, kiedy nic nie wpływa na wygląd włosów?

Na początku chciałabym przeprosić za przerwę w pisaniu bloga. Związana była z moim wyjazdem oraz dużym, osobistym projektem. Dzisiaj zapraszam do notki o tym, co robić, kiedy zaczynamy włosy pielęgnować i nie widzimy polepszenia stanu włosów. Zapraszam!




Czasami bardzo zazdroszczę dziewczynom, które zaczynają górnolotnie nazwaną "świadomą" pielęgnację i za dwa, trzy miesiące cieszą się pięknymi, zdrowymi włosami. Oczywiście wiele blogerek powtarza, że na efekty trzeba poczekać, a czasami włosy zaczynają ładnie wyglądać dopiero po roku, a nawet później, jednak najczęściej można zaobserwować poprawę od pierwszych "pasujących" włosom kosmetyków. A co, jeżeli stosuje się od dłuższego czasu przeróżne kosmetyki o dobrym składzie, a włosy w ogóle się... nie zmieniły?


Jest kilka możliwości powstania takiej sytuacji.

Pierwsza możliwość polega na nieodnalezieniu odpowiednich kosmetyków. O ile często zdarza się szukać bardzo długo, zanim znajdzie się idealny olej, o tyle już brak poprawy po jakiejkolwiek odżywce, masce lub silikonowym serum zaczyna być niepokojący. Jednak najczęściej wyjaśnienie jest bardzo proste. Problemem w tym przypadku powinna być za duża ilość nakładanych produktów. 

Co pomoże?

Jeśli naprawdę NIC nie działa na włosy, a stosujemy bardzo dużo kosmetyków, polecałabym... zacząć pielęgnację od początku. 

Czy Twoja pielęgnacja wyglądała kiedyś w ten sposób: olej na noc, maska przed myciem, Odżywka-Mycie-Odżywka, olej na końcówki, silikonowe serum wygładzające, serum termoochronne zabezpieczające przed wysoką temperaturą, mgiełka z filtrem UV? 

A to dopiero pielęgnacja, przed rozpoczęciem czesania i stylizacji fryzury... Tak, nic dziwnego, że w takiej sytuacji włosy są matowe, wyglądają na suche i oklapnięte. Za każdym razem. W takim wypadku polecałabym umyć głowę i włosy szamponem oczyszczającym przez trzy kolejne mycia, bez używania jakiejkolwiek odżywki i maski, zostawiłabym jedynie serum silikonowe na końcówki. Po tym czasie, znając obecny stan swoich włosów, rozpoczęłabym testowanie pojedynczych produktów - albo odżywki, albo maski, albo oleju. 



Druga możliwość - złe dozowanie produktów. Silikonowego serum na końcówki wystarczy kropla - gdy nałożymy go za dużo, włosy zrobią się tłuste i postrączkowane. Tak samo będzie w wypadku nałożeniu zbyt wielu łyżek oleju, czy zbyt obficie nabranego szamponu na włosy. I analogicznie - kropla odżywki po myciu może być nieodczuwalna na długich włosach, podobnie jak maska wielkości orzecha włoskiego jedynie "przesunięta" po całych włosach. 

Co pomoże?

Nauczenie się odpowiedniego dozowania produktu. Metoda prób i błędów będzie w tym wypadku jedynym godnym polecenia rytuałem, połączonym z wieloma nieudanymi eksperymentami, jednak powinna przynieść pozytywne rezultaty.



Kolejną możliwością jest nasz skrajny krytycyzm - często zniechęcone brakiem oczywistych efektów mamy tendencję do uważania, że nasze włosy się w ogóle nie zmieniają, mimo że tak o nie dbamy, denerwujemy się, często rezygnujemy z pielęgnacji. 

Co pomoże?

Oczywiście rada jest jedna - wyluzować. Nie na każdych włosach produkty wizualnie się odznaczają. Maska może pomóc włosom i je wzmocnić, czego nie widać gołym okiem.





I na koniec - bardzo ważne w pielęgnacji włosów jest określenie, czy nasze włosy są całkiem proste, troszkę pofalowane, bardzo pofalowane, kręcone. Dopiero wtedy będziemy mogły wybrać SPOSÓB CZESANIA WŁOSÓW, który - przynajmniej w przypadku moich włosów - najbardziej wpłynął na zmianę ich wyglądu.


Całuję,
Bianka

czwartek, 14 maja 2015

Mój sposób na demakijaż

Mój codzienny makijaż jest bardzo prosty: poza oczami, które podkreślam, używam jedynie pudru matującego i rozświetlającego. Demakijaż twarzy nie sprawia mi dzięki temu problemu - po umyciu twarzy płynem na waciku z płynem micelarnym nie zostaje już ani śladu kosmetyków.Jak wspominałam niejednokrotnie w komentarzach, moją zmorą są jednak wrażliwe oczy, co uniemożliwia mi idealny demakijaż właśnie tych okolic. Wypróbowałam wiele płynów micelarnych, dwufazowych i mleczek do demakijażu, nawet tych specjalnych pod oczy, dla wrażliwców lub dla osób noszących soczewki (do których się zaliczam), ale nie znalazłam idealnego produktu oczyszczającego. 
 Również popularne ocm czy cokolwiek mającego wspólnego z olejami się u mnie nie sprawdziło, jeśli chodzi o okolice oczu (ale też i nie mam wieczorami tak dużo czasu...). Wszystko zatem sprowadziło się do tego, że musiałam poszukać alternatyw. W końcu znalazłam metodę, która pozwala mi pozbywać się makijażu co wieczór bez pieczenia oczu oraz podrażnienia cery. Oto ona:

1) Myję twarz płynem (balsamem) do kąpieli Babydream dla Mam.




Wprost uwielbiam ten kosmetyk. Ma fantastyczny skład, konsystencję, a także to, co uważam za najprzyjemniejsze - zapach. Oczywiście jest to kwestia indywidualna, spotkałam się z wieloma opiniami, iż zapach jest odrzucający, natomiast mi umila każdą kąpiel. Teraz, bojąc się, że zapach mi się z czasem znudzi, do mycia ciała używam sporadycznie, za to codziennie myję nim twarz. To jedyny produkt, po którym skóra nie jest napięta, ściągnięta, nie piecze, nie czerwieni się. Płyn pozostawia przyjemnie gładką i aksamitną w dotyku skórę, za co otrzymuje ode mnie w kategorii kosmetyków do mycia twarzy miano Kosmetyka Wszech Czasów :) 

Wizaż - klik



2) Przecieram twarz wacikiem nasączonym płynem micelarnym BeBeauty

Bardzo lubię płyn z Biedronki, ponieważ jest wyjątkowo delikatny dla moich wrażliwych oczu. Noszę soczewki, więc muszę szczególnie uważać na pielęgnację okolic oczu ( z tego też powodu dyskwalifikuję wiele szamponów piekących w oczy - rano nie miałabym czasu czekać, aż podrażnienie i zaczerwienie zniknie, ponieważ nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez założenia soczewek), a robiąc demakijaż delikatnie i spokojnie nie piecze mnie i nie ściąga. Płyn jest bardzo tani - teraz dostępny w przezroczystej buteleczce z czarnymi akcentami :)



3) Delikatnie "wycieram" oczy w wyjątkowo miękki ręcznik z mikrofibry o długich poszczególnych włosach

To najważniejszy punkt mojego demakijażu. Ponieważ nie trę oka wacikiem z płynem micelarnym, po przyłożeniu micela, odczekaniu chwilę i ponownym przyłożeniu wciąż zostają mi na dolnej powiece czarne smugi lub resztki tuszu na rzęsach. Bardzo długo stawałam przed dylematem czy jednak potrzeć oko, zostawiając je podrażnione, łzawiące i zaczerwienione, czy iść spać z minimalnymi resztkami po makijażu. Problem się rozwiązał, kiedy kupiłam miękki ręcznik z mikrofibry, który od tych typowych różni się tylko tym, że poszczególne jego "włoski" są dość długie. Przykładam ręcznik do oczu i delikatnie je masuję - po makijażu nie ma ani śladu, a okolice oczu są lepiej ukrwione (delikatny masaż) ale pozostają niepodrażnione. 



4) Używam bezalkoholowego Toniku Pichtowego ProOil 

Bezalkoholowy tonik pichtowy do cery wrażliwej pachnie dla mnie fenomenalnie (ale znowu jest to kwestia gustu) lasem, sosną, żywicą, jestem od tego zapachu wręcz uzależniona ;) Oczywiście używam go do tonizacji skóry twarzy i przywrócenia odpowiedniego pH (które jest niezbędnym elementem pielęgnacji). Skóra się po nim minimalnie lepi i błyszczy, dlatego zrezygnowałam z używania go rano, natomiast wieczorem sprawdza się dobrze.

Ma bardzo dobre opinie na wizażu - klik


5) Nakładam żel aloesowy Gorvita i krem pod oczy Ziołolek 20+


Ten punkt bardzo często pomijam - moja skóra lubi się przetłuszczać, dlatego  daję jej nocą odpocząć, za to prawie codziennie rano nakładam krem nawilżający. Jednak kiedy widzę, że potrzebuje mocniejszego niż zwykle nawilżenia, a skóra pod oczami jest zmęczona i napięta, stosuję te dwa produkty - z obu jestem bardzo zadowolona.

Wizaż - Żel aloesowy


A jak wygląda Wasz rytuał demakijażu? 

Całuję,
Bianka ❤

poniedziałek, 4 maja 2015

Woda różana - niezbędna w pielęgnacji


Woda różana to pachnący kosmetyk, który ma ogromne znaczenie w pielęgnacji zarówno twarzy, jak i włosów. Jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego nie wyobrażam sobie bez niej życia, zapraszam do dzisiejszego posta!



Róża stanowi symbol kobiecości i elegancji. Jest królową kwiatów - już w starożytności nosiła miano afrodyzjaka, któremu nie dorówna żadna inna roślina. A dzisiaj? Przede wszystkim wykorzystuje się jej przepiękny zapach dla wszelkich perfum, esencji dla osiągnięcia idealnego zapachu kremu czy dezodorantu.

Płatki róży zawierają o wiele więcej cennych substancji, niż może nam się wydawać. Przede wszystkim są skarbnicą witamin: A,C,D,E oraz B3. Oprócz tego płatki są bogate w przeciwutleniacze, które powstrzymują procesy starzenia się skóry, flawonoidy, które zapewniają naturalne nawilżenie oraz cynk, który ułatwia gojenie się ran oraz absorbuje nadmiar sebum. 

Woda różana jest ubocznym produktem produkcji olejku różanego, ale można ją wykonać samemu w domu. Jej niebywałą zaletą jest fakt, że dzięki swojemu delikatnemu, łagodnemu działaniu jest odpowiednia dla każdego rodzaju skóry. Doskonale oczyszcza skórę, tonizuje i nawilża. Uspokaja cerę i rewelacyjnie wspomaga gojenie się drobnych ran. 

Pielęgnacja mojej cery jest dość uciążliwa. Mam cerę mieszaną w kierunku tłustej, jednakże po wielu produktach występuje u mnie uczucie ściągnięcia i pieczenia (co wskazywałoby na cerę suchą). Przy okazji moja skóra na twarzy jest bardzo wrażliwa, na wiele kosmetyków, a nawet na wytarcie jej bawełnianym ręcznikiem reaguje zaczerwienieniem. Dlatego właśnie uwielbiam wodę różaną: równocześnie oczyszcza i tonizuje tłuste partie mojej cery, nawilża suche partie, a przez swoją łagodność nie powoduje zaczerwienia. 


Woda różana nie zmyje makijażu tak dobrze jak środki do tego przeznaczone (płyny micelarne czy mleczka), jednak jest idealna do stosowania rano, w celu zmycia kremu i zanieczyszczeń po nocy. Po użyciu buzia jest gładka, koloryt skóry jest wyrównany, a cera wypoczęta i promienna. 


Można nią zastąpić tonik - wtedy wystarczy nalać odrobinę wody różanej na wacik i przemyć twarz. Można również kupić/przelać do pojemnika ze spryskiwaczem, spryskać nim twarz i w zależności od preferencji pozostawić do wyschnięcia (w przeciwieństwie do wody termalnej, pozostawiona woda różana nie wysuszy nam twarzy) lub nadmiar usunąć wacikiem.



Jak jeszcze wykorzystać wodę różaną?


❀ Włosy ❀


Woda różana może być zamiennikiem wody jako bazy wszelkich mieszanin półproduktowych i domowych kosmetyków. Dla włosów najcenniejsze będą właściwości łagodzące podrażnienia i nawilżające. Dla wielbicielek pięknych zapachów - woda różana to naturalne włosowe perfumy!
Kilka przykładów wykorzystania wody różanej w pielęgnacji włosów:



❀ dolewanie do szamponu, by złagodzić jego agresywne składniki


❀ jako składnik serum olejowego w spreju: do 10 ml dowolnej odżywki i 10ml dowolnego oleju należy dolać 10-15 ml wody różanej, wstrząsać przed każdym użyciem i spsikać włosy

❀ jako odświeżenie włosów rano (po całej nocy) lub w ciągu dnia - należy spryskać włosy wodą różaną znajdującą się w buteleczce z atomizerem



✿ Jako składnik kompresu pod oczy ✿

Woda różana polecana jest szczególnie osobom noszącym soczewki kontakowe, ponieważ łagodzi podrażnienia oczu. Poza soczewkowiczami polecana jest osobom wpatrującym się długi czas w monitory lub przebywającym w klimatyzowanych oraz mocno nagrzewanych pomieszczeniach. Wystarczy przyłożyć wacik obficie namoczony wodą różaną (najlepiej pozostawioną wcześniej w lodówce) i trzymać według uznania (gdyż nie powinna podrażnić). Można ją także używać jako kompresu w przypadku bólu głowy.


❃ Jako płyn do kąpieli ❃

Dolana do ciepłej (nie gorącej) wody w wannie wspaniale relaksuje, odpręża i nawilża skórę. 



Dla wypróbowania polecam wodę różaną KTC, którą można kupić w Kuchniach Świata za 6zł, ale także firmy Lass oraz wariancje wody różanej firmy Dabur, Rose of Bulgaria (miałam także krem różany z tej firmy, pachnie bosko), czy też te dostępne w drogeriach internetowych.
W internecie znajdziecie również dużo przepisów na zrobienie takiej wody samodzielnie, jednak nie polecę Wam żadnego przepisu, ponieważ nigdy nie robiłam jej samodzielnie.

 A czy Wy używałyście już wody różanej?
Całuję kwiatowo,
Bianka ❀

czwartek, 23 kwietnia 2015

Pięć odżywek od których warto rozpocząć pielęgnację włosów

Dziś post, który przyda się głównie osobom nie poświęcającym do tej pory większej uwagi swoim włosom. Jednak mam nadzieję, że nawet dziewczyny, które od dawna zwą się „włosomaniaczkami” znajdą w nim coś dla siebie. Przygotowałam bowiem spis odżywek, starając się dobrać je tak racjonalnie, by minimalistycznie starczyły na początek „pełnej” pielęgnacji. Żadna odżywka nie zastąpi nam oleju lub bogatej, wzbogaconej maski. Uważam jednak, że dobre odżywki są bardzo ważnym elementem pielęgnacji, a czasem ich skład przewyższa przeciętne maski i dlatego zasługują na specjalne traktowanie J




1.       CODZIENNY NIESPUSZACZ:


Balsam domowy Babci Agafii do codziennej pielęgnacji wszystkich rodzajów włosów

Przydatny dla osób często myjących głowę, ponieważ idealnie dociąża włosy na długości i nie spusza ich, jak niekiedy ma w zwyczaju jej kwiatowy brat.

Wizaż: klik

2.       NA BOGATO Z OLEJKAMI:

Alterra, Nawilżająca odżywka Granat i Aloes


Bogata składowo, jednak męczyła mnie intensywnym zapachem. Ma szansę naprawdę zadziałać na włosach, ponieważ  miks olejków zawarty w niej powinien każdym włosom dać idealnie to czego potrzebują. Odkąd zauważyłam, że trochę przesusza mi włosy [alkohol…] , przestałam jej używać, jednak bardzo długo to właśnie jej zawdzięczałam sporą poprawę ;)

Wizaż: klik

3. PROTEINKI KOCHAJĄ DZIEWCZYNKI:

     Nivea Long Repair, odżywka 


Keratyna w składzie naprawdę potrafi zadziałać, a wiedzą o tym moje włosy, które kochają  się z nią tylko w określonej sytuacji – użyta pierwszy raz działa REWELACYJNIE, włosy są idealnie dociążone, błyszczące i gładkie, natomiast gdybym użyła w tym samym tygodniu podobnie, włosy byłyby spuszone z odstającymi antenkami.

Wizaż: klik

4.       SILIKONOWA OCHRONA  KOLORU:


Timotei with Jericho Rose,

 Odżywka do włosów Głęboki brąz


[moja mama z racji koloru włosów miała wersję dla blondynek i też jej pasowała]

Czasami, gdy wiem, że będę nosić rozpuszczone włosy i będą bardziej narażone na uszkodzenia, potrzebuję odżywki silikonowej, która ochroni włosy dużo bardziej niż standardowa odżywka. Ta z Timotei niezmiernie urzeka mnie zapachem, konsystencją oraz śliskością włosów po jej użyciu.  Ekstrakt z henny  [5 miejsce] przed nawilżającą glicerynką i zapachem dobrze wróży, jednak ja specjalnych efektów przyciemnienia koloru nie zauważyłam ;)

Wizaż: klik

5.       ODPOCZYNEK + NAWILŻENIE:
Emulsja Gloria

PRLowskie opakowanie, zielony kolor i niezbyt przyjemny zapach…  jednak pod względem działania jest dobra. Dla mnie idealna, jeśli chcę, by włosy odpoczęły po humektantach, proteinach czy olejkach, wygładza włosy i sprawia, że lepiej się je rozczesuje.

Wizaż: klik

A jakie pięć odżywek znalazłoby się w waszym zestawie:
 1) niespuszająca 

2) olejkowa
3)proteinowa
4)ochraniająca
5) lekka i dająca odpocząć?

Całuję, Bianka 

środa, 15 kwietnia 2015

Hit za grosze (1) Pomadka Lovely z aloesem


Pomadka Lovely, Natural Lip Stick Aloe & Mentol (Pomadka w sztyfcie z aloesem i mentolem)
 Dziś chciałabym rozpocząć nową serię wpisów, w której zaprezentowałabym rewelacyjne produkty za niską cenę. Historie ich odkrycia są różne, czasem kupowałam je dzięki dobrym opiniom na wizażu, czasem intrygował mnie skład, czasem promocja a czasem po prostu intuicyjnie wkładałam do koszyka. 
Serdecznie zapraszam do czytania!

Opis na opakowaniu:

Regenerująca i przeciwzapalna formuła pomadki pozwoli Tobie na systematyczną i całodobową ochronę ust. Formuła opracowana na bazie naturalnych składników skutecznie wspomaga proces gojenia spierzchniętych i pozbawionych blasku ust.Wzbogacona formuła pomadki w sztyfcie o wyciąg z aloesu i mentol zapewni ustom naturalną odporność przed infekcjami oraz złagodzi objawy już istniejącej. Delikatne i przyjemne uczucie chłodu orzeźwi Twoje usta oraz miejscowo znieczuli ból, zapewniając im regenerację i odpowiedni stopień nawilżenia.


Informacje o pomadce:


Szminka ma kolor jasnożółtozielony, twardą konsystencję, pojemność 4,5 g. Opakowanie jak dla mnie jest urocze, staroświeckie, przypomina klej w mniejszej tubce, które moje pokolenie używało  w przedszkolu :D natomiast chwilę po kupieniu wydawało mi się wyjątkowo mało estetyczne, zwłaszcza że bardzo szybko nadruk zaczął mi się wycierać.


Moja opinia:

Pierwszy raz kupiłam pomadkę w zimie, w dość kryzysowej sytuacji. Poza dłońmi i twarzą nie narzekam na suchą skórę, jednak moje usta w zimie dramatycznie się wysuszają, pękają i bolą. Wypróbowałam pomadki Neutrogeny, Nivei, Carmexu, Bebe, polecanej Isany i Alterry rumiankowej. Robiłam domowe okłady z miodu czy oliwek i oleju kokosowego. Wciąż jednak moje usta były koszmarnie wysuszone i ulgę przynosiły im jedynie wazelinowate „balsamy uniwersalne” z Oriflame (i później z Avonu) a to i tak na krótko, najlepiej stosowane tylko na noc.

Szukałam w Rossmannie nowej pomadki ‘na chwilę’, zanim zamówię w aptece specyfik, który pomoże ustom naprawdę wymagającym pomocy. Pomadka Lovely zupełnie nie rzucała się w oczy, w dodatku miała śmieszną cenę, rzuciłam okiem na skład po czym wrzuciłam do koszyka. I naprawdę mi pomogła!

W życiu bym nie pomyślała, że pomadka przyjemnie chłodząca usta mogłaby sprawdzić się w zimie, zawsze szukałam tych tłuściutkich i ochraniających. Lovely uzależniająco mrowi i przede wszystkim pozbawia usta suchości, przynosząc natychmiastową ulgę. Słyszałam o niej opinie jakoby była „polską podróbką Carmexu” jednak jak dla mnie nijak ma się to do rzeczywistości. W Carmexie przeszkadzało mi przede wszystkim to, że po pół minucie od nałożenia pomadka zamieniała się w dziwne warstwy, przez co jej użytkowanie było nieprzyjemne. Lovely w tym miejscu wygrywa, bo na ustach wydaje się miękka i idealnie dopasowująca się do kształtu.

Po kilku pierwszych nałożeniach na usta ulga była doraźna, tzn. jeśli pomadka była na ustach, były one optymalnie nawilżone i odżywione, natomiast gdy ją wytarłam, ulga mijała i musiałam nakładać ponownie. Jednak smarowałam nadal i po kilku dniach Lovely znacząco poprawiła stałe nawilżenie i odżywienie.

  
Skład:

Petrolatum (parafinka, emolien ["nawilżacz"] tłusty, 
tworzy warstwę ochronną i chroni usta)
 Lanolin (lanolina, emolien kondycjonujący,  zmiękcza, natłuszcza, chroni usta)
 Ethylhexyl Methoxycinnamate (filtr przeciwsłoneczny)
Candelilla Wax (wosk natłuszczająco-pielęgnujący)
Cera Flava (wosk pszczeli)
Polyethylene (polietylen dbający o ścieranie naskórka)
Cetyl Esters (emolien tłusty)
Benzophenone-3 (zawiera oxybenzone) 
(Filtr UV)Ozokeryte (wosk natłuszczający)
Aroma (kompozycja zapachowa)
Menthol (m
entol - zabija zarazki, przynosi ulgę obolałym ustom)
 Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate (emolien tłusty, tworzy warstwę ochronną)
Aloe Ferox Extract (ekstrakt z aloesu, wspomaga naturalną odporność przeciwinfekcyjną, regeneruje, nawilża)
Salicylic Acid (kwas salicylowy, usuwa martwy naskórek)Phenol (zabija bakterie, złuszcza martwy naskórek, znieczula)
 Linalool (zapach)


Podsumowując
(pomogę sobie moją opinią wydaną na wizażu):

+ wspaniałe nawilżenie 

+ długotrwałe działanie

+ odżywienie ust

+ zapach

+ konsystencja

+ smak (J)

+ ochrona na każdej pogodzie
+ cena


Wizaż: klik
Cena: 3,99

Dostępność: Rossmann
Używałyście jej kiedyś? Podzielacie moją opinię?

Całuję,
Bianka 


niedziela, 5 kwietnia 2015

Wesołych świąt wielkanocnych :)





Wesołego królika,
co po stole bryka,
czasu wolnego,
na pielęgnację włosów poświęconego
 i w ogóle wszystkiego 
kurcze najlepszego!


Całuję, Bianka 


środa, 1 kwietnia 2015

Naturalny niezbędnik zadbanych włosów - Oliwa z oliwek


W dobie półek sklepowych wypełnionych po brzegi najróżniejszymi kosmetykami, od najtańszych po te naprawdę drogie, często zapominamy jak fantastyczne skarby kryje nasza kuchnia. Co chwilę widuję na blogach nasycone zrezygnowaniem komentarze dziewczyn, w których opisują swoją bogatą pielęgnację, w skład której wchodzą: kilka maski za 30-40 zł, cała łazienka odżywek do spłukania, bez spłukania, w spreju, nie mówiąc o szamponach, wcierkach, jedwabiach i – oczywiście najdroższych – olejach! A efektów jak nie było – tak nie ma.


Sama na początku intensywnej pielęgnacji zachłysnęłam się wiedzą „w czym może mi ten i ten produkt pomóc” kupując na ślepo kosmetyki, których nie potrzebowałam. Jednak zachwalała je przecież poczytna blogerka, więc na pewno warto przetestować…  Oczywiście nie ominęło mnie kupno chociażby oleju kokosowego, a wystarczyło tylko trochę poczytać i wgłębić się w temat, by bez testowania odkryć, że na moje niemal od wszystkiego puszące się fale raczej nie będą zachwycone…


Dzisiaj zachowałabym się inaczej – kupiłabym niezbędnik pielęgnacyjny, jak delikatny szampon, odżywka ułatwiająca rozczesanie, zabezpieczacza końcówek i coś odpowiedniego do czesania.  Za to nowymi oczami popatrzyłabym na skarby, które kryje moja kuchnia.



Oliwa z oliwek – czy jest doceniana? Moim zdaniem dla kobiet zainteresowanych tematyką dbania o włosy jest. Jednak większość wciąż jej nie docenia, sprowadzając jej rolę do smażenia. A jest to naprawdę wielofunkcyjny kosmetyk, który oprócz intensywnego odżywienia i poprawienia stanu włosów ma jeszcze jedną, nieocenioną zaletę – efekty stosowania często widać już po pierwszym użyciu!


Zalety używania oliwy z oliwek?


- antybakteryjna konsystencja chroniąca włosy
- bogata w witaminy: A, D, E, K
- zapobiega przedwczesnemu starzeniu się 
- odświeża (końcówki po myciu)
- natłuszcza (jako zabezpieczenie)
- działa kojąco, nawilżająco i odżywczo
- posiada naturalny filtr UV (słaby, ale wciąż się sprawdza na wiosnę ;)
- chroni przed utratą wilgoci z włosów
- zapewnia im i przywraca naturalną barierę ochronną
- szybko regeneruje zniszczone włosy
- nabłyszcza, wygładza, ułatwia rozczesywanie
- podkreśla fale
- dociąża (ale dobrze użyta nie obciąża!) włosy





Jak jej używać?

Puścić wodzę fantazji! Można ją używać na naprawdę wiele sposobów.  Ja w dzisiejszym poście proponuję następujące zabiegi:

1. Przede wszystkim jako dodatek do domowych lub gotowych MASEK.


Tutaj właściwie wszystkie chwyty dozwolone – każde włosy są inne, a co za tym idzie będą potrzebowały mniejszej lub większej ilości oleju oliwkowego. Polecałabym stosowanie masek z dodatkiem oliwy z oliwek przed myciem, na godzinę lub kilka godzin pod czepek. Dodawana do masek po myciu z dużym prawdopodobieństwem obciąży włosy.


2. Jako OLEJ do olejowania włosów na noc lub godzinę/kilka godzin przed myciem.


Moje włosy bardzo łatwo obciążyć, zwłaszcza przy nasadzie, bardzo szybko również „oklapują” (długość – do wcięcia w talii), dlatego najczęściej używam oliwy z oliwek właśnie do olejowania. Początkowo nakładałam jej zdecydowanie za dużo, przez co miałam problem z domyciem. Moją złość wyładowywałam – oczywiście - na okropnym winowajcy, czyli oleju, odkładając go i zapominając o nim, bo przecież „jest za tłusty i obciąża włosy”.  Jednak nie dawało mi spokoju regularne tłumaczenie Anwen, która  kilkakrotnie powtarzała, że na jej włosy (tak przecież długie, pełne objętości i wyglądające na grube i gęste) wystarczy łyżka stołowa oleju.
Zamiast więc kolejny raz stanąć przed lustrem, nachylać butelkę za każdym razem (a było ich jakieś 5-6) wylewając garść płynu i kładąc na włosy, zastosowałam następujący patent:

1. Rozczesuję włosy
2. Nalewam na łyżkę stołową oliwę z oliwek
3. Przelewam oliwkę do małej miseczki lub talerzyka
4. Maczam opuszki palców w oliwie
5  Delikatnie dotykam wierzchniej, a potem wewnętrznej strony włosów
Wykonuję ruchy od nasady do końcówek
7 Rozczesuję ponownie włosy grzebieniem o szeroko rozstawionych ząbkach 
Zaplatam włosy w warkocz (oczywiście można zamienić na koczek czy pozostawić rozpuszczone. W moim przypadku nawet w kuriozalnie dużej ilości nie zauważyłam, by oliwa brudziła pościel. Ja nigdy nie spałam w rozpuszczonych włosach naolejowanych oliwką, ale wiem, że wiele dziewczyn się skarżyło)

Używając w ten sposób po raz pierwszy byłam zszokowana, że tak mała ilość oliwy pozwala na całkowite naolejowanie włosów. Bez problemu domyłam rano włosy płynem Bobini (bez SLSów) i oczom ukazały mi się błyszczące, wyglądające na bardzo zdrowe włosy. Oliwa fantastycznie je dociąża, dlatego polecam zwłaszcza falowanym włosom (nawet gęstym a cienkim, jak moje).

Można używać zarówno na suche włosy, jak i zwilżone mgiełką włosy.



3. Jako składnik domowej, naturalnej MGIEŁKI.
Muszę przyznać, że moje włosy nie przepadają za mgiełkami albo za atomizerami – praktycznie każda sklepowa odżywka w spreyu czy mgiełka momentalnie je obciąża. Jednak każde włosy są inne, dlatego nie zaszkodzi wypróbować na własnych włosach. Maleńką łyżeczkę oliwy można zmieszać z wodą różaną, pomarańczową, zwyczajną + sok z aloesu, ulubionym hydrolatem -> pełna dowolność. Mgiełka nabłyszczy dociąży i zdecydowanie nawilży włosy.


4. Do MASOWANIA SKÓRY GŁOWY (skalpu).

Oliwa dobrze działa nie tylko na włosy na długości, ale także na sam jej czubek. Wykonanie masażu skóry głowy jest proste, o ile pamięta się o kilku najważniejszych wskazówkach:
1.       Rozprowadź oliwkę równomiernie -> wylanie łyżki w jedno miejsce i tarmoszenie przyniesie więcej złego niż dobrego. Najlepiej wykorzystać patent jak w przypadku olejowania: do miseczki lub talerzyka wlać maleńką ilość oliwy i nakładać na skalp opuszkami palców.
2.       Masuj bardzo, bardzo delikatnie -> wymaga to nie lada wprawy, dlatego najlepiej zacząć  jedynie od gładzenia skóry głowy, stopniowo wprowadzając ruchy okrężne palców
3.       Odstresuj się! -> wtedy masaż głowy będzie przyjemnym zajęciem, a nie wymuszonym obowiązkiem
Masaż skóry głowy może wymagać podwójnego mycia.


5.  Jako ZABEZPIECZENIE KOŃCÓWEK

Minimalną ilość wcieramy w same jedynie końcówki (3,4 cm). Dzięki temu będą pięknie błyszczały i nie będą się rozdwajały.



Oliwa najlepiej sprawdzi się na włosach brązowych – od bardzo jasnego po ciemny, a także czarnych i rudych -> w ich przypadkach nabłyszczy włosy i pogłębi kolor. Blondynki  jednak powinny uważać z ilością, ponieważ oliwa może mieć wpływ na zmianę jasnego odcienia.

A wy stosujecie oliwę z oliwek? A może wolicie inne oleje?



Całuję, Bianka 

wtorek, 24 marca 2015

Przetłuszczający się skalp a włosy suche, które szybko tracą wilgoć


Początki moich starań o poprawienie stanu włosów były koszmarne. Przypuszczam, że dlatego, iż nigdy nie miałam bardzo zniszczonych włosów – prostowałam i kręciłam rzadko, nie farbowałam, jednak mechanicznie cierpiały całe życie (tarcie ręcznikami, bolesne szczotkowanie i wyrywanie włosów, spanie z mokrymi włosami, codzienne mycie w gorącej wodzie szamponem jak najbardziej „oczyszczającym”). Na pewno ich kondycję osłabiły częste wyjazdy nad morze (sól, słońce i kilkukrotne mycie) oraz basen, na który chodziłam raz lub dwa w tygodniu, a po którym nie myłam włosów, tylko związywałam i pozwalałam wysychać z chlorowaną wodą na sobie. Kiedy zaczęłam interesować się pielęgnacją, wprowadzać nowe produkty, odżywki, maski i oleje, praktycznie jedynymi zauważalnymi plusami były blask w świetle lampy i gładkość włosów, które nareszcie przyjemnie się czesało. Puszenie, elektryzowanie, odstające włosy jak antenki a przy tym oklap przy skórze głowy  to wciąż jednak była codzienność, która coraz bardziej mnie frustrowała.


Wybawieniem była dla mnie odżywka bez spłukiwania –w moim przypadku jest to przewrotnie „miętę i wrzos” (którą według opakowania należy spłukać). Już dawno zdecydowałam się kupić którąś Joannę Naturię, ponieważ testowałam bezsilikonową pielęgnację  na moich podatnych na falowanie, wywijających się włosach. Fioletową odżywkę wrzuciłam do koszyka ze względu na adnotację „należy spłukać”, ponieważ wychodziłam z założenia, że moje włosy są przetłuszczające się, w dodatku cienkie i delikatne na długości, co równa się obciążeniu. Dopiero gdy z biegiem czasu coraz bardziej wgłębiałam się w temat pielęgnacji włosa, odkryłam coś, co większość „włosomaniaczek” wie od samego początku i przez co właściwie rozpoczyna pielęgnacje – moje włosy są bardzo suche, a przetłuszczają się jedynie przy skórze głowy. Większość z was może uznać to za głupotę, ale dla mnie, od 10 lat przekonanej, że przetłuszczanie jest przeciwieństwem włosów suchych, było jak odkrycie Ameryki i przełom w pielęgnacji. Zauważyłam, że moje włosy tracą wilgotność już kilka godzin po umyciu i uwielbiają, kiedy przeczesuję je dłońmi z mikroskopijną ilością odżywki. To właśnie dzięki odżywce b/s przestały się puszyć i elektryzować, a pozostają wciąż nieobciążone (jeszcze nie udało mi się nie obciążyć włosów odżywką w spreju). Nie wprowadzam żadnych ograniczeń co do częstości nakładania „groszku” odżywki – często na blogach widuję pytania „czy jeśli zabezpieczę końcówki jedwabiem, to mogę też dodać trochę odżywki b/s na długość? Czy to nie za dużo?” lub „Czy następnego dnia po myciu mogę użyć odżywki b/s?” Jak dla mnie należy to robić tak często, jak często potrzebują tego włosy. Za to warto pamiętać o ilości – w moim przypadku wystarczy minimalnie zbyt dużo, by włosy stały się smętne i obciążone.


Staram się myć włosy co dwa dni, jednak najczęściej robię to codziennie. Na drugi dzień ratuję się suchym szamponem (Batiste), glinką (jednak nakładam ją po myciu, za czym nie przepadam) lub kokiem na wypełniaczu. Oczywiście nie jest to leczenie zbyt częstego przetłuszczania, jednak dzięki tym sposobom zamiast siedmiu razy w tygodniu myję włosy pięć razy.
Po myciu raczej nie nakładam treściwych masek, preferuję odżywki na kilka minut (choć nauczyłam się myć włosy bardzo delikatnie, a przy maskach lub olejach przed myciem są na tyle wygładzone, że bez problemu rozczesałabym włosy i bez odżywek po). Czasem kończę mycie płukankami z sokiem cytrynowym (pięknie nabłyszcza) lub octem jabłkowym (którego nie mogę znieść – ten zapach…), jednak zauważyłam, że moje włosy najbardziej lubią długie ostatnie płukanie w zimnej wodzie (omijam skalp). Po takiej mroźnej płukance i grosiku odżywki b/s antenki wreszcie nie odstają, włosy są gładkie i miękkie. Gdy mam czas, nie używam do włosów ręcznika lub koszulki bawełnianej w ogóle – wtedy się nie puszą nawet na drugi dzień.

A wy jakie macie sposoby na włosy, które tracą wilgoć? Co sądzicie o wcieraniu odżywek b/s nawet kilka razy w ciągu dnia?


Całuję, Bianka 

czwartek, 19 marca 2015

O świadomej pielęgnacji i dlaczego nie używam słowa "naturalna"



Witam w ten piękny, choć nie najcieplejszy dzień :)

Chciałabym dzisiaj poruszyć problem "naturalnej" pielęgnacji. Większość dziewczyn rozpoczynająca ratowanie zniszczonych włosów sięga po wszystko co "naturalne", bo naturalne to dzisiaj takie modne. Jak dla mnie jest to głupota.

Pod pojęciem "świadomej pielęgnacji" rozumiem wybieranie produktów - szamponów, odżywek, mgiełek czy masek, które posiadają w sobie wszelakie substancje, które nasze włosy lubią, przyjmują i przede wszystkim tolerują. Dziewczyny na blogach często podkreślają, że obawianie się silikonów, nazywanie ich oblepiaczami, które duszą włosy i nie pozwalają substancjom przeniknąć i ich odżywić jest zbędne, a jednak zaglądając w komentarze niemal w co trzecim poście słychać głosy "zmieniłam pielęgnacje i odrzuciłam silikony".



Moje włosy są lekko falowane i podatne na wszelkie stylizacje (choć już utrzymanie ich w jednej fryzurze przez pół dnia bez stylizatorów i wsuwek jest prawie niemożliwe), dlatego walcząc o naturalny skręt zrezygnowałam całkowicie nawet z lekkich silikonów, wprowadziłam resztę zasad CG (curly girl, czyli pielęgnacja włosów kręconych i falowanych) i czekałam na wspaniałe efekty zdrowych loków lub imponujących fal. I co? Włosy były smętne, gumowe, pozbawione życia i przede wszystkim prawie proste, a wywijające się jedynie na końcach. Przez te dwa tygodnie znacznie pogorszył się ich stan, a co za tym idzie moje samopoczucie. 

Po powrocie do lekkich silikonów (jak i czesania na sucho) moje włosy wyraźnie odżyły, stały się bardziej odporne na pogodę oraz suszenie włosów, zaczęły oczywiście błyszczeć. A to dlatego, że silikony odgrywają ogromną rolę w ochronie przeciwsłonecznej, przed suszarką i zniszczeniami. Poświęcę im oczywiście osobny post.


Naturalna pielęgnacja to dla mnie szampon + to, co znajduje się w kuchni. Naturalne produkty, najlepiej jak mleko - prosto od krowy, lub jajek - od kury. Oleje, oliwka, majonez, żółtko, miód, cytryna... wymieniać można mnóstwo produktów i uważam, że użyte w odpowiednich proporcjach faktycznie pomogą nam w walce o piękne włosy. Niestety nie każda z nas ma przed domem stajnię ze zwierzętami :) Dlatego warto zdawać sobie sprawę, że nawet mleko kupione w sklepie czy majonez to produkty pełne "chemii", tak przecież niepożądanej. Ja staram się dystansować od tego i nie dać zwariować. Jednak nigdy własną pielęgnację nie określę mianem "naturalna", bo taka moim zdaniem nie jest.

Często wybieram odżywki czy maski o "chemicznych", aptecznych składach i używam ich bez mrugnięcia okiem, jeśli widzę, że służą moim włosom. Mam przy tym parę zasad, których nie łamię (np. unikam alkoholu w produktach pielęgnacyjnych). Zauważyłam, że często polecane ziołowe szampony (i właściwie wszystko inne na bazie ziół) wysuszają moje delikatne na długości włosy, nawet, jeśli użyję wcześniej oleju, maski, a po myciu odżywki. Można by się zapytać: "jak to tak, skoro w składzie same zioła, czyli wszystko co naturalne?" Nie służą mi i tyle - zatem odkładam je. Żółtko sprawia, że moje włosy się bardzo elektryzują, podobnie jak płukanka z octu jabłkowego - włosy latają jak szalone na wszystkie strony. Są przy tym naturalne produkty, które uwielbiam (jak cytryna czy oliwa z oliwek) i dokładam je do mojej włosowej diety tak często, jak tylko tego chcą. Oczywiście będą i takie włosy, które pokochają jedynie produkty spożywcze i tylko je będą tolerować.

A wy jakie macie zdanie o naturalnej pielęgnacji? Zamieniłybyście odżywki i maski na te własnoręcznie robione z naturalnych składników?

Całuję, Bianka 

sobota, 14 marca 2015

Jak rozpocząć dbanie o włosy? Poradnik dla początkujących część I



Piękne, lśniące, lejące się włosy są obiektem marzeń wielu kobiet. Myślisz, że Ciebie to nie dotyczy, bo masz smutne strąki długością sięgające ucha? Nic podobnego!

Rozpoczęcie walki o piękne włosy jest proste. O ile w przypadku twarzy wszystko zależy od jej cech indywidualnych, o tyle wprowadzenie kilku małych kroków może od razu polepszyć wygląd włosów. Oczywiście nie zawsze jest tak różowo, ponieważ każda z nas ma inne włosy. Potrzebują one różnorodnych składników, by stać się zjawiskowe. Jednak warto wypróbować na początek trzy poniższe zasady, by znacznie poprawić ich stan:



1. Myj włosy delikatnie i łagodnymi detergentami, tak często jak tego potrzebują.



Pierwszy krok a zawiera już 3 istotne zmiany.
 Przede wszystkim musimy zmienić metodę mycia włosów: należy masować skórę głowy delikatnie, bez pośpiechu, ledwie dotykając opuszkami włosów. Taki masaż działa relaksująco i nie uszkadza struktury włosa, którego mocno szorując łamiemy i niszczymy.
O łagodnych detergentach  napiszę więcej w osobnym poście. Zdaję sobie sprawę, że cała blogosfera huczy o szkodliwości SLSów, czyli detergentów zawartych w szamponach, a w przeciętnej drogerii mamy wrażenie, że nie znajdziemy praktycznie żadnego „łagodnego” zamiennika. Wydaje mi się, że to jest główny produkt zniechęcenia „tą całą naturalną pielęgnacją” i kontynuacji mycia zwykłymi szamponami.  Na samym początku można się zastanowić, czy my sami znamy jakiś przyjemny szampon lub nawet żel pod prysznic, po którym skóra nie wymaga nawilżenia, nie jest ściągnięta i sucha i spróbować umyć nim włosy. Na początku będzie to trudniejsze, ponieważ kosmetyk może się mniej pienić, przez co mamy wrażenie że włosów nie domyjemy, jednak nie należy się tym zrażać. Kolejną sprawą jest kwestia mycia włosów tak często, jak tego potrzebują. Do tej pory spotykam się z hasłami, że jeśli nie czujemy się niekomfortowo, nawet włosy wymagające codziennego mycia powinniśmy trzymać co najmniej dwa dni, żeby ich nie przemęczać. To bzdura. Przetrzymywanie włosów mających tendencję do przetłuszczania się prowadzi do powstania specyficznej formy łupieżu. Nie ma on postaci zapalnej i może występować jedynie wtedy, gdy włosy są nieświeże, jednak należy pamiętać, że ŁUPIEŻ JEST CHOROBĄ i nie wolno go lekceważyć. Ważne natomiast, by znaleźć odpowiedni środek myjący (którym może być zwykła odżywka do włosów, płyn micelarny lub myjadło dla dzieci lub produkt hipoalergiczny [oczywiście tu też należy wzmocnić czujność, bo nawet te produkty mogą być łagodne tylko z nazwy]). Nie należy również przesadzać w drugą stronę – nie ma potrzeby mycia włosów czystych częściej niż raz na 4-5 dni, choć zależy to także od własnego samopoczucia (mieszkając np. w Krakowie, gdzie powietrze jest zanieczyszczona, sama czułabym się zwyczajnie brudna nie myjąc tak często włosów).



2.  Nie bój się odżywek, masek ani… jedzenia J



Włosy są zniszczone, ponieważ nie dostarczono im potrzebnych składników. To, co jemy, ma wpływ na to jak wyglądają włosy, ale pamiętajmy, że na długości włosy są martwe. Jako ostatnie dostają wartościowe składniki. Dlatego odżywkę należy nakładać po każdym myciu. Oprócz poprawienia kondycji włosów ułatwi nam rozczesywanie, dzięki czemu można wykonać tę czynność delikatnie, nie ciągnąc,  szarpiąc i wyrywając ich przy tym. Ponadto raz w tygodniu należy użyć maski do włosów, którą nakłada się na dłużej, dzięki czemu ma szansę naprawdę zregenerować włosy. Są i odżywki, i maski kosztujące poniżej 10 (a czasem nawet 5, jak choćby joanna naturia czy kallosy) złotych, tak więc warto chociaż spróbować kupić te dwa kosmetyki. Ponadto mnóstwo fantastycznych „odżywek” można znaleźć… w kuchni! Zaczynając od olei (choćby słonecznikowego) i oliwy z oliwek, poprzez cytrynę, jajka czy wszelakie zioła.



3. Zrezygnuj z prostownicy, lokówki, tarmoszenia ręcznikiem i agresywnego czesania




Niby każdy zdaje sobie sprawę, że prostownika czy lokówka niszczą włosy, jednak wciąż wiele dziewczyn je stosuje, nawet codziennie… Wyobraź sobie zatem taką  sytuację: codziennie rano, po prysznicu, wyciągasz wilgotną rękę, którą wkładasz między prostownicę, by przejechać prostownicą od łokcia do dłoni. Z prostownicy bucha gorące powietrze. Ręka parzy. Aż przechodzą ciarki, prawda? Nie mam nic przeciwko użyciu takich narzędzi od święta, gdy chcemy wyglądać pięknie i podkreślić naszą kobiecość. Jednak w wypadku codziennego rytuału TRZEBA wykreślić prostownicę, bo inaczej włosy nie będą miały szans na regenerację. Tarmoszenie ręcznikiem jest natomiast dość częstym problemem, z którego nie zdajemy sobie sprawy. Jednak łamie to włosy na długości, wysusza je i niszczy. Wystarczy opatulić włosy w ręcznik lub bawełnianą koszulkę i zostawić na kilka lub nawet kilkanaście minut, a woda nie będzie z nich ściekała, jak może nam się wydawać. Ponadto – i tu różnica w wypadku włosów prostych i kręconych – należy również zwrócić uwagę na kulturę czesania włosów. Agresywne szczotkowanie włosów osłabia je, wyrywa i niszczy. Efekt się podwaja, jeśli proste włosy czeszemy na mokro – należy odczekać, aż zupełnie wyschną, a dopiero potem uczesać. Włosy kręcone czeszemy pod prysznicem, gdy są jeszcze mokre i ociekające wodą. Nakładamy wtedy na nie odżywkę, odczekujemy minutę, delikatnie czeszemy, a dopiero potem zawijamy w ręcznik. Te kilka zmian w codziennym obchodzeniu się z włosami pomoże im odżyć, zregenerować się i efektywnie przyjmować dobroczynne składniki zawarte w odżywkach, maskach i domowych miksturach.

A czy wy stosujecie się do tych kroków? 
Całuję sobotnio, Bianka