Miliony kosmetyków do pielęgnacji czeka na półce w łazience,
a zarówno producenci, półki sklepowe jak i wszelkie internetowe blogi
niesamowicie kuszą do kupna nowego produktu… och, skąd ja to znam! Odkąd zainteresowałam
się składami i świadomą pielęgnacją zauważyłam przedziwne własne zachowanie: kupuję
wymarzony produkt, używam, oceniam pozytywnie lub negatywnie po czym… znajduję
kolejną interesującą pozycję i znowu najchętniej kupiłabym coś nowego!
Bardzo trudno jest powstrzymać się od wydania nawet kilku
złotych na nowy krem, odżywkę czy pomadkę. Wręcz ciężej jest mi nie kupić
czegoś, co kosztuje 5-6 złotych niż drogiej nowości. Nad tą drugą często
spędzam długie godziny w poszukiwaniu opinii na wizażu, blogach, czy innych
stronach internetowych, więc na etapie znajdowania informacji często kończy się
moja chęć nabycia. Te kilkuzłotowe produkty jednak często przyjmują formę małego
diabełka koło mojego ucha, szepczącego kusząco „hej, to tylko kilka złotych, a
zyskasz nową pomadkę lub polecany krem do rąk”.
Zauważyłam jednak, że w przypadku mojej skóry żonglowanie
kosmetykami nie przynosi najlepszych efektów. Mam cerę normalną ze skłonnością
do przetłuszczania się (nie tylko w strefie T) i gdy nałożę zbyt dużo produktów
(lub nakładam je zbyt często), to tylko pogarsza jej stan. Oczywiście należy
pamiętać, że każda cera preferuje inną pielęgnację i to co mojej się podoba, na
Twojej może wywołać bunt.
Powiedziałam sobie stop, kiedy na mojej półce pojawiło się między
innymi 6 kremów do twarzy, 5 peelingów, 9 produktów do demakijażu… wymieniać
można w nieskończoność. Jednym ilość może się wydawać duża, innym znowuż mała,
ale jeśli porównam to z ilością kosmetyków jeszcze sprzed roku, nie mówiąc już
o różnicy w wydawanych na nie pieniądzach, problem zaczyna być niepokojący.
Zadałam sobie pytanie: czy naprawdę potrzebuję kupić kolejną maseczkę
nawilżającą? Przecież ta, którą używam aktualnie nie jest wcale najgorsza.
Nawilża, wyrównuje koloryt, odświeża, jest przyjemna w użytkowaniu. Czego tak
naprawdę chcę więcej? Przecież jasne jest, że jeden produkt nie zapewni mi
idealnej twarzy po 3 użyciach!
Co chciałabym osiągnąć tym postem?
Całuję,
Bianka
Dobry post. :) Ja sama nie mam takiego problemu z produktami do pielęgnacji- kupuję nowe, gdy poprzednie się skończą, pomimo tego, że oczywiście czytając blogi kusi mnie wiele nowości. Ale nie daję się zwariować. Kremy mam 2, tonik 1, żel do twarzy nawet aktualnie mi się skończył. Maskę 1, odżywkę 1, balsamy może 2. Więc chyba jest ok. Za to gorzej jest z kosmetykami do makijażu, a jeszcze gorzej z lakierami do paznokci, których ilość powoli dobija do 100. Tu zaczyna się mój problem- tego odmówić sobie nie potrafię, a w szczegolności gdy lakier kosztuje jedyne 5zł.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam! :)
dziękuję! mnie na szczęście omija szał zarówno na kosmetyki do makijażu jak i lakiery do paznokci, za to płynów micelarnych kupiłam miliony, bo szukałam idealnego, który nie podrażni mi oczu i wszystko ładne zmyje :D
UsuńI znalazłaś w końcu ideał przy tym milionie kupionych? :D
Usuńpoczątkowo byłam bardzo zadowolona z Biodermy (do skóry wrażliwej), ale po połowie opakowania zaczęła mi strasznie podrażniać oczy, teraz używam Bebeauty z Biedronki i jest najbliższy ideałowi, mógłby jedynie trochę lepiej zmywać makijaż oczu ;) no i cena też bajeczna ;) bardzo dobry i łagodny był też płyn Corine de Farme. Z drogeryjnych przetestowałam naprawdę wiele (Garniera, Ziaję, Delię, Sorayę (tu straaaszna masakra) próbowałam też Rival de Loop specjalny do demakijażu oczu, ale oczy mnie piekły chyba z 3 godziny po nim. Z aptecznych miałam jeszcze Iwostin, Eucerin i LRP (ten ostatni jezu cała twarz mnie piekła a cena wcale nie zachęca do testowania kolejnych)
UsuńA Ty masz swój ulubiony? :)
O jejku, naprawdę dużo tego! Dziwne, że LRP się nie sprawdził, bo większość chwali sobie bardzo te kosmetyki. Ja aktualnie jadę na chusteczkach do demakijażu. Miałam z Cleanica, które piekły w oczy, Rival de Loop były jeszcze gorsze. Najlepsze okazały się także te z Bebauty z biedronki. :D
Usuń